Często także cały dzień leżała u siebie na werandzie lub w ogrodzie z rękami założonymi za głowę, a oczy, podniesione w górę, goniły obłoki po bezgranicznym horyzoncie.

Gdy zima nadchodziła, siadywała przez cały dzień przy kominku, gdzie żarzyły się duże kawały drzewa i węgla, nerwowym ruchem ręki dokładała do ognia i patrzyła ze smutnym uśmiechem, jak płomienie chwytają drzewo, jak się zamienia w jeden wielki żar, aż się całe przepali, wypali i zostanie się tylko tląca garstka popiołu...

Gdy straszny wiatr wiał na dworze i drzewa jęczały i skrzypiały w swoich najgłębszych podstawach, a dom drżał, jakby w przestrachu przed owym wielkim niszczycielem, wtedy ona się nagle zrywała i zapamiętale wybiegała tam w pole, na swobodę.

Dopiero hen gdzieś, gdzie wiatr najsilniej śpiewał swą rozszalałą pieśń, stawała i z rozkosznym uśmiechem rozglądała się wkoło: wiatr rozpuszczał jej włosy i rwał je na wszystkie strony, a ona wyciągała ręce do niego i z dzikim okrzykiem witała jego hymn.

Wicher pędził ją przez pola, przez lasy, a ona śpiewała z nim, dawała mu się targać na wszystkie strony, rozdzierała swe suknie, ażeby ją swobodniej bił, smagał.

Wreszcie, gdy ją nogi już nie niosły — padała zwykle gdzieś na zrębie lasu albo wśród pola i błędnym wzrokiem śledziła ruchy drzew kołysanych przez wiatr.

Wreszcie wstawała i z wolna, nieprzytomnym krokiem, z oczami w dół spuszczonymi, wracała do domu.

Raz po takim dniu zemdlała.

Gdy noc zapadła, a jej jeszcze nie było, niepokój straszny ogarnął dom cały.

Henryk stał przy oknie i patrzył niespokojnie w dziką, rozszalałą noc.