„Asto, Asto!” — wołał jakiś głos rozpaczliwy w głębi jego duszy.
Ale Asta nie wracała, a wiatr coraz dziczej, coraz straszniej śpiewał swój straszny, wściekły hymn.
Rozpacz zaczęła targać nim, coraz silniej, coraz mocniej.
Nagle zdało mu się, że słyszy, jak go ktoś woła.
Nieprzytomny pobiegł jej szukać.
Pędził przez lasy, przez pola, po wszystkich miejscach, o których wiedział, że ukochała je najbardziej.
Wiatr wiał w przeciwną stronę i z trudem torował sobie drogę w tę dziką noc; zaledwie słabe światło półksiężyca oświetlało drżące krzaki.
Stanął wreszcie zmęczony, obszukał już wszystkie jej ulubione miejsca.
Wiatr targał jego włosy i rozwiewał poły jego ubrania na kształt dwóch wielkich czarnych skrzydeł.
Nie wiedział, gdzie jej szukać.