Dwa lata temu zaczęło się to, co ludzie nazywali „wariactwem” Asty.
Było to w kilka tygodni po urodzeniu się ich drugiego dziecka. Asta, trochę jeszcze osłabiona, leżała na werandzie, przykryta długim, białym szalem, a on siedział przy niej i z bezbrzeżnie szczęśliwym uśmiechem patrzył na nią. A ona miała oczy dziwnie zmęczone, utkwione w jakiś lekki obłoczek, który się przesuwał po ciemnobłękitnym niebie.
Nagle chwyciła go za rękę.
— Henryku! — powiedziała dziwnie sennie.
Nachylił się nad nią.
— Co ci, Asto? — spytał swym głębokim, tkliwym głosem.
A ona, jakby we śnie, ciągnęła dalej.
— Henryku, ja cię opuszczę.
On wyrwał jej swoją rękę i nieprzytomny podskoczył.
— Asto, co ty mówisz? — wykrztusił. — Asto, Asto! Słuchaj, Asto! — i w nieludzkim strachu utkwił w nią swe oczy...