On ciągle siedział nieruchomy, bez znaku życia.
Zmęczonym głosem ciągnęła dalej, a oczy znów utkwiła gdzieś daleko w niebo.
— Tyś nigdy nie wiedział, co mnie męczy, kiedym się patrzyła tęsknym wzrokiem w dal... A we mnie już dawno, dawno zaczęła się straszna tęsknica, co dusiła mnie tu w gardle, coraz bardziej, coraz straszniej... Widzisz, Henryku, ja dłużej wytrzymać nie mogę, być związana tobą i dziećmi, bo się zaduszę tu, w klatce.
I wielki rumieniec oblał ją całą.
— Henryku, puść mnie na morze!
— Asto, Asto, to pojedziemy, pojedziemy razem...
Ona się nagle tajemniczo uśmiechnęła.
— Ty przecież wcale nie wiesz, co to jest morze! — i nagle przytłumiając głos — muszę być na nim zupełnie sama, w samotnej łódce bujać po falach, niesiona to wolno, to bujnie, a w nocy, gdy księżyc zaświeci, położyć się na dnie łodzi i słuchać rozmowy fal — opowiadają one sobie wielkie tajemnice o życiu, jakie prowadzą bez początku, o milionach lat, które widziały, o życiu bez granic, bez końca — i jeszcze bardziej przytłumiając głos, i przysuwając się do jego twarzy — wtedy ja staję się cząstką tego morza, zlewam się z nimi w jedną całość, fale stają się siostrami mymi, staczają mą łódź w namiętnym uścisku i ginę w nim cała bez śladu.
I nagle objęła jego szyję i błagalnym szeptem wyrzekła:
— Prawda, Henryku, puścisz?