I wtedy chwyciła go po raz pierwszy ta piekąca, gorączkowa tęsknota, wyrwać się w jakikolwiek sposób z tej szarzyzny codziennego życia chorego, leczącego się człowieka.
I wtedy błysnęła mu wyzwalająca myśl.
Wylać wszystek swój ból, wylać wszystkie cierpienia, wylać swą rozpacz w jedno wielkie dzieło, przelać się w nie i zginąć w czarnej przepaści śmierci, zostawiając swą duszę skrwawioną.
Od tego czasu zupełnie się zmienił.
Całymi dniami siedział nad swym biurkiem i z rozgorączkowaną twarzą pisał.
Im więcej cierpienia przelewał w swój utwór, tym lżej stawało mu się na duszy, tym bardziej przenikał go jakiś błogi spokój.
I wlał weń swe pożegnanie życia.
Z chwilą gdy się wyrwał ten wielki, jęczący okrzyk rozpaczy z jego piersi, ból jakby przeszedł.
Stał się dziwnie spokojny, gdy rozmawiano o jego chorobie, jakby go to właściwie nic a nic nie obchodziło.
Nieraz sam się nawet pytał, co on z tym wszystkim ma wspólnego, gdyż przelał całą swą istotę w coś wielkiego, wiecznego, w swe dzieło.