Nagle ogarnęła ją ze straszną jasnością cała świadomość jej bezdennego nieszczęścia.

Głuchy jęk wydarł się z jej piersi, a ręce ściskały się kurczowo.

— Boże święty, Boże święty! — wyszeptała machinalnie.

Potem nagle przerwała.

Była niewierząca. Należeli oni oboje do wielkiej gminy ludzi bez religii.

Teraz ujrzała przed oczami straszny obraz: widziała trup67 jakiś na pół zgniły, ale jeszcze do rozpoznania, w którym gnieździły się robaki, po jednej połowie nosa zgniłej pełzało robactwo i właziło w usta, wykrzywione jakby od bólu i wstrętu, tylko oczy jeszcze całe patrzyły ze straszną, martwą zgrozą w nią, prosto w nią.

— Antku! — krzyknęła rozdzierającym głosem i jednym gwałtownym ruchem znalazła się przy nim, i wzrok nieprzytomny od strachu utkwiła w niego.

A on wciąż siedział jakby martwy.

Potem nagle się położył. Westchnął raz niezmiernie, nieskończenie smutno.

— Marto — wyrzekł teraz spokojnym, łagodnym głosem — przeczytaj mi kilka stronnic mojej ostatniej pracy: O nowych teoriach naukowych i ich stosunku do metafizyki.