Teraz wyszedł ktoś z bramy i podszedł do powozu. Otworzył drzwiczki i stanął na stopniu. Potem zszedł, wrócił znów do szpitala i teraz wyprowadził ostrożnie wolno posuwającego się młodego człowieka...
— Zdrów — pomyślała Marta i wielka fala goryczy wcisnęła jej się do gardła.
I nagle miała jakby wizję.
Zdawało jej się, że ten powóz to na nich czeka, że ten młody człowiek na dole — to Antek, że zaraz pojadą, opuszczą te ponure mury na zawsze, że będą zdrowi, szczęśliwi...
— Marto! — usłyszała nagle dziwny, chrapliwy i przestraszony głos chorego.
Oprzytomniała. Westchnęła głęboko i podeszła do chorego.
On siedział teraz sztywno na łóżku.
— Antku — wyrzekła cicho i czule — tobie tak niedobrze, połóż się lepiej. — I ostrożnym, troskliwym ruchem chciała go wcisnąć w poduszki.
Ale on ją odepchnął niemym ruchem ręki.
Usiadła na krześle i położyła głowę na stół.