Teraz już nie było czego skrywać.

Stała przed nimi obojgiem, wyraźnie i rozpaczliwie blisko, czarna postać śmierci. Wiedzieli, że dziś, najpóźniej jutro, dokona swego dzieła.

Marta nieruchomo przez długi czas siedziała obok chorego, trzymała tylko ciągle jego rękę i od czasu do czasu kurczowo ściskała ją.

Nastąpił duszny okres rozpaczliwej apatii.

Długo, długo leżał nieruchomy. Pod wieczór wyciągnął rękę z jej dłoni i z lekka odwrócił się do ściany.

Myślała, że chce spać.

Odeszła na chwilę do okna. Patrzyła machinalnie szklanym wzrokiem na ulicę.

Przed szpitalem stanął powóz.

Jęła mu się bezmyślnie przypatrywać.

Wzrok jej ślizgał się nieświadomie po koniu, stangrecie, czarnym lakierze powozu...