A on nagle krzyknął strasznym, przeciągłym głosem.

— Antku, Antku, co ci jest? — I głaskała w nadludzkim strachu jego ręce i nogi.

Ten siedział cichy, nieruchomy, z oczyma tępo utkwionymi w dal, strasznymi...

Wzięła go w swe ramiona i położyła na łóżku.

Teraz chory westchnął cicho, głęboko.

— Antku, powiedz kochanie, co ci było? — spytała drżącym ze wzruszenia głosem i nachyliła się nad nim, głaszcząc jego czoło. — Co ci było, co ci było?

A on spojrzał na nią nieprzytomnie, błędnie.

— Ujrzałem śmierć — powiedział głucho.

I teraz dopiero przypomniało jej się, że podczas rozmowy z doktorem usłyszała w przyległym pokoju jakiś szmer, jakby od wolnych, ostrożnie wlokących się kroków.

Z nadludzkim wysiłkiem chory dowlókł się do drzwi, aby usłyszeć całą prawdę — wyrok.