— Czy pani powiedzieć całą prawdę? — spytał ją zimno, urzędowo.
— Całą — wyszeptała, ciężko oddychając, i oparła się całym ciałem o ścianę, a ręce przyciskały się nerwowo do muru.
Wiedziała już teraz naprzód, co powie.
I wypowiedział.
Wróciła do pokoju sennym, nieprzytomnym krokiem.
Opadła ciężko na krzesło i ukryła twarz w jedną rękę, a druga zwisła bezwładnie. Zapomniała o obecności chorego, o tym, że trzeba go uspokajać, udawać, że to wszystko drobnostka, że to przejdzie...
Nagle usłyszała głuchy jęk.
Zerwała się i pobiegła do łóżka.
Chory siedział na nim z nogami spuszczonymi na podłogę, z rękoma sztywno wyciągniętymi przed siebie, z oczyma nieprzytomnymi ze strachu.
— Antku, Antku — krzyknęła i uklękła przy nim. — Antku, Antku, co ci jest? — I w okropnym niepokoju chwyciła go za rękę.