A ona z drugiego kąta pokoju śledziła tępym ze strachu wzrokiem każdy ruch doktora, każdą najmniejszą zmianę w jego twarzy...
Doktor opuścił nareszcie rękę.
— A cóż, jakże się spało, a jak apetyt? — spytał typowym doktorskim zdaniem.
Chory spojrzał na niego nienawistnym wzrokiem.
— Przecież doktor wie doskonale, że ani jadam, ani sypiam — rzekł pełnym goryczy głosem i odwrócił się do ściany.
Doktor wzruszył ramionami, spojrzał jeszcze raz na chorego i skierował swe kroki ku wyjściu.
Marta poszła za nim.
Stali teraz razem w mrocznym przedpokoju, gdzie miało być wyrzeczone słowo wyroku śmierci. Ściskało ją coś za gardło i słowa nie mogła wypowiedzieć. Te ściany szare i ten doktor ze swoją zimną, oficjalną miną, z kapeluszem w ręku, już gotów do wyjścia, wydawał jej się czymś tajemniczo okrutnym, nieubłaganym. Wielki dreszcz strachu przeszył jej ciało. Teraz podał jej rękę na pożegnanie. Machinalnie podała mu swoją, wpatrując się w niego zbolałym, pytającym wzrokiem.
Teraz chwycił za klamkę. Opamiętała się.
— Doktorze, doktorze — krzyknęła przytłumionym głosem — powiedz, doktorze, przecież jeszcze jest nadzieja. — I palce jej kurczowo wpiły się w jego rękę.