— Śmierć — wyrzekł nieskończenie smutno.
Wtedy ona się zerwała, nachyliła się nad nim i rozpacznym głosem zaczęła krzyczeć, trzęsąc go nerwowo za ramiona.
— Ja nie chcę, żebyś to mówił, ja nie chcę, żebyś o tym myślał. To nieprawda, oni kłamią, oni kłamią.
I nagle, całym ciężarem spadając na ziemię, wybuchła długim, beznadziejnym płaczem.
On ciągle leżał nieruchomy i martwym, a jednak groźnym wzrokiem wpatrywał się gdzieś, w jakąś dal...
Wreszcie wstała. Odgarnęła wolnym, nieprzytomnym ruchem włosy w tył, które spadły jej na czoło, westchnęła głośno, głęboko, jakby nieświadomie, i podeszła automatycznie do okna. Machinalnie jęła się przypatrywać ludziom na dworze. Zdolność cierpienia wyczerpała się. Straszny płacz z głębi serca, jakby chwilowo zabrał ze sobą cały ból, całą rozpacz bezdenną.
Stała tak chwil kilka.
Chory ciągle leżał cichy, nieruchomy.
Wszedł doktor. Teraz dopiero oprzytomniała. Przywitał się z nią z daleka skinieniem głowy i podszedł do chorego.
Usiadł na krześle przy łóżku i ujął chorego za puls. Chory ciągle milczał.