— Antku — nachyliła się nad jego twarzą — może ci coś zrobić, może tobie czegoś potrzeba.
W jej głosie drgała cała bezbrzeżna troska i czułość kochającej kobiety.
On teraz otworzył oczy i pełnym wzrokiem spojrzał na nią.
— Nie, nie, Marto — rzekł cicho i słaby, słabiuteńki, dziwnie smutny uśmiech przesunął się po jego męczeńskiej twarzy, a ręka jego wykonała na jej dłoni lekki, bezsilny ruch pieszczoty.
I znów zamknął oczy.
— Czy nie zaśniesz trochę, Antku — zapytała, nachyliwszy się nad nim, wpatrując się w niego stroskanym wzrokiem.
— Nie, nie — i teraz szeroko otworzył oczy i chwycił się gorączkowo jej dłoni — tylko nie odchodź, nie odchodź!!
Głaskała jego ręce i jęła go uspakajać.
— Nie, nie, nie odejdę; przecież ja tylko myślałam, że może tobie będzie lepiej, jeśli trochę zaśniesz, wszak tyś od trzech dni oka nie zmrużył... Antku, Antku, — i, nagle opuszczając rękę, oparła łokcie o kolana, ukryła twarz w dłoniach i zmienionym, nieprzytomnym głosem, szeptem prawie rzekła — Boże, co to będzie, co to będzie?!
A on znów zamknął oczy i jedna duża łza przesunęła się po jego policzku.