— Marto — przerwał nagle chory ochrypłym głosem i krople zimnego potu wystąpiły mu na czoło, a oczy z błędnym niepokojem wpatrywały się w nią — przestań, Marto!

Odłożyła książkę, nachyliła się nad jego twarzą i niezmiernie tkliwym wzrokiem jęła się wpatrywać w niego.

— Nie, nie! — krzyknęła nagle głośno, przekonywająco, obiema rękami objęła go za szyję i przytuliła się do niego.

Wielkie łzy toczyły się po twarzy chorego. Wziął jej rękę i cicho, cicho przycisnął ją do ust.

Ona zerwała się nagłe — nie mogła usiedzieć dłużej tak spokojnie.

Zaczęła chodzić nerwowym krokiem po pokoju. Wszystko dokoła niej zaczęło tańczyć, zaczęło się układać w jakieś dziwaczne figury: nogi stołu, krzeseł stały się dziwnie luźne, giętkie, wykonywały jakieś dziwnie skaczące ruchy.

Coraz prędzej, coraz szybciej tańczyło wkoło niej wszystko, w takt jakiejś coraz dziwaczniejszej melodii, coraz straszniejsze kształty przybierało!...

— Jezus, Maria! — krzyknęła nagle i opadła na kanapę.

A chory w swoim łóżku znów sztywno usiadł i teraz głosem przeciągłym krzyknął:

— Boże!