Zwróciła się teraz do niego z chłodnym uśmiechem:

— Żegnam pana!...

A wtedy on, jeszcze bardziej się rumieniąc, wykrztusił:

— Nie pozwoliłaby pani się odprowadzić?

Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głowy i z wolna, jeszcze chłodniej, suchym, obojętnym głosem wyrzekła:

— Jeśli panu po drodze, możemy pójść razem.

Spieszył się prędko potwierdzić:

— Ależ owszem, owszem!

Pojęcia nie miał, gdzie mieszkała.

Szły z nimi dwie koleżanki i jeszcze jakiś kolega.