Gdy na chwilę przerwał rozmowę, spytała go się nagle głosem dobrym, miękkim, z odcieniem jakiejś macierzyńskiej troski, czy często miewa takie ataki kaszlu.
Była medyczką.
Zerwał się jakby zbudzony ze snu.
Potem odpowiedział głosem nieśmiałym, dziwnie zmieszanym, że już od roku dokucza mu ten kaszel obrzydliwy, denerwujący go do niemożliwości. Ale to przejdzie, z pewnością przejdzie — to czysto nerwowe.
Znów zaczął rozmawiać, a ona słuchała go z dobrym, mądrym wzrokiem.
Było ciemno i pusto na ulicy, gdy wreszcie wyszedł, przestraszony nagle jej zmęczonym wyrazem twarzy. Wiedział, że pracowała bardzo dużo.
Szedł po ulicy jakby we śnie. Nie mógł wrócić do domu.
Czuł potrzebę iść tak przed siebie bez celu w tę ciemną, głuchą noc, wsłuchując się w tę cudną melodię, którą dzisiaj po raz pierwszy usłyszał, melodię harmonijnie zlewających się dusz.
Ona stała się dzisiaj czymś dla niego, co nie było poza nim, czymś, co było w nim — częścią jego samego, częścią nierozerwalną...
I tak widzieli się kilkakrotnie.