Wreszcie stanęła. Zwróciła się teraz do niego i uśmiechnęła się.
— To tutaj — rzekła.
Weszli. Teraz oddychał jej atmosferą.
Cały pokój był nią napełniony.
Wydawało się, jakby jej wielkie, gorączkowo szukające oczy odbijały się wszędzie, we wszystkim. Linie mebli, kwiaty ułożone w jakiś indywidualny sposób, książki, obrazy — wszystko składało się na jeden cudnie jednolity hymn na cześć swej pani, twórczyni...
Usiedli. On zaczął mówić o tym, co było dla nich najskrytsze — o życiu: o życiu w objawach sztuki, o życiu oświetlonym przez naukę, o życiu rozwijającym się, promieniejącym, wielkim, wspaniałym.
Ona patrzyła na niego swymi cudnymi, rozumiejącymi oczyma i tylko rzadko, przez jakieś słowa wtrącone dawała mu znak odczuwania harmonii, która między nimi istniała.
Długo tak z sobą rozmawiali.
Pokój, pogrążony w szary półmrok17, który owijał ich coraz gęściej, coraz bliżej — wydawał mu się jakimś tajemniczym rajem. I zdawało mu się, że te chwile niewymownej rozkoszy nie mogą przejść jak inne, że są gdzieś daleko, poza okresem czasu18.
Tak przechodziły mu w tajemniczym drganiu długie godziny.