W dziwnie smutnej, głuchej apatii zwrócił swoje kroki ku wyjściu.
W bramie spotkał ją.
Uśmiechnęła się mile i spytała krótko, lecz uprzejmym głosem:
— Książkę mi pan przyniósł? Dziękuję panu.
I chciała odejść.
Ale on spojrzał na nią wzrokiem pełnym wielkiego, tkliwego żalu i prośby.
Nie mogła mu się oprzeć.
— Może pan wstąpi do mnie na chwilę?
On kiwnął tylko głową z wielkiego wzruszenia.
Weszli na wąskie, kręte schody, które się wiły jakby bez końca. Szedł o krok za nią. Nie mówiła nic do niego. On wpatrywał się w jej postać, sunącą się przed nim, swymi wielkimi, świecącymi oczyma. I zdawało mu się, jakby tej drodze końca nie było, jakby miał zawsze kroczyć tak za nią w pogoni...