Trzeba było odprowadzić inne koleżanki.

Szedł jakby we śnie. Widział i czuł ją ciągle obok siebie, a jednak machinalnie rozmawiał z tamtymi.

Ale miał ciągle jakby jej cień obok siebie tak blisko... blisko...

Na drugi dzień poszedł zanieść obiecaną książkę.

Poszedł o pół do siódmej. Wiedział, że o szóstej wraca z uniwersytetu.

Zadzwonił i spytał się o nią.

Usłyszał, że jej jeszcze nie ma. Stał przez chwilę i wahał się, nie wiedząc, co zrobić. Powinien był teraz książkę zostawić, ale nie mógł się zdecydować. Stał przed portierką, podając jej książkę niepewnym ruchem. Wiedział, że jeśli jej teraz nie zobaczy, zniknie dla niego sposobność zobaczenia jej na długo, może na zawsze, a choćby tylko na pewien czas...

Dusiło go coś w gardle na myśl, że nie ujrzy jej dziś, jutro, przez długie, tęskne dni.

Przez chwilę chciał powiedzieć, że wróci, ale nagle przypomniało mu się, że zbyt jasno zaznaczyła, że nie zależy jej na tym, by on osobiście wręczył jej książkę.

Trzeba było ją zostawić i pójść.