Teraz nagle gwałtownym ruchem wbił twarz w ręce i wybuchnął jednym strasznym łkaniem, przerywanym od czasu do czasu długim, spazmatycznym śmiechem...

Dreszcz współczucia strasznie bolesnego przejął ją.

Wiedziała, że musi coś powiedzieć, ale bała się — bała strasznie. Zimny pot wystąpił na jej czoło, a ręce kurczowo wpijały się w poręcz krzesła. Wreszcie zaczęła drżącym, przyćmionym głosem:

— Byłeś mi tym, czym nikt dotychczas nie był — byłeś mi przyjacielem.

Przerwała na chwilę, szukając słów.

Ale w tej sekundzie rozległ się w mrocznej ciszy pokoju ostry dźwięk. Zadzwonił ktoś.

Spojrzał na nią wzrokiem pełnym rozpaczy i jakby ukrytej prośby.

Wstała, ale przez chwilę jeszcze wahała się, czy otworzyć. Lecz dzwonek powtórnie został pociągnięty ręką jakby bardzo zniecierpliwioną.

„Może to depesza?” — pomyślała i śpiesznie poszła otworzyć.

Był to jeden z kolegów-Francuzów przynoszący jakieś notatki.