Andrzej zerwał się natychmiast. Nie zniósłby w tej chwili myśli o jakiejś banalnej rozmowie.
Odprowadziła go do drzwi. Spojrzał na nią wzrokiem błagalnym, zranionym.
Powiedziała cicho, strasznie, poważnie:
— Do jutra!
Wyszedł.
Wróciła do pokoju, śmiertelnie blada, chwiejnym krokiem. Nieprzytomnie patrzyła na tego kolegę, trywialnego Francuza, prawie jej nieznajomego, który siedział naprzeciwko niej i uśmiechał się kurtuazyjnie. Starał się bawić ją, jak mu się zdawało, najlepiej. Machinalnie mu odpowiadała. W głębi jej duszy został się jeden wielkooki strach, jedna myśl powtarzająca się ciągle, uporczywie — „co robić, co robić?”.
Niezadługo Francuz pożegnał ją, zdziwiony jej roztargnieniem.
Została sama.
Teraz rozpoczęła się dla niej ta straszna, straszna noc. Usiadła przy biurku oszołomiona wielkim strachem przed tym, co będzie.
Oparła głowę o ręce i mózg jej powtarzał machinalnie — „co robić, co robić?”.