Nigdy, nigdy jeszcze nie doznała uczucia takiej czci. Znała wielu ludzi, którzy ją lubili, kochali, szanowali, ale nigdy dotychczas nie zaznała tej wielkiej rozkoszy, tej słodyczy, którą daje cześć bezwzględna, bezgraniczna.

Zasłoniła oczy ręką i marzyła o tym przez chwilę. Czuła całą rozkosz kobiety, która zdołała wzbudzić uczucie najświętsze, najczulsze, przecudne, jak sen...

Nagle zerwała się z szeroko otwartymi oczyma, jak gdyby jakie straszne widmo ujrzała przed sobą.

Okrutna myśl błysnęła w jej umyśle.

Jego miłość wielka, święta, mająca swoje źródło w uwielbieniu, w czci bezgranicznej, musiała być wyrwana z jego serca przez skalanie samej siebie w jego oczach.

Tępo utkwiła przestraszone oczy w jakiś punkt w przestrzeni, kurczowo trzymając się stołu. Okropna, niemożliwa, nielitościwa wydała jej się ta myśl względem siebie samej. Ona, która z tak cudną rozkoszą marzyła przed chwilą o tym swym obrazie, który on nosił w duszy, on — jedyny człowiek, co ją zrozumiał, w jego oczach miała się skalać, zbrukać?

— Nie, nie, nie mogę! — głośno wykrzyknęła.

I sama przestraszyła się dźwięku jakby obcego jej głosu, wydającego się dziwnie ostrym wśród nocnej ciszy.

I znów stanęła jej z namacalną wyrazistością przed oczyma scena, w której mu powie, że go nie kocha.

Widziała jego pełne śmiertelnego smutku oczy, pełne czci, ślepego przywiązania na wieki, wieki!