Gwałtownym ruchem wstała, wstrząsnęła się i podała mu rękę niezwykle chłodno, podczas gdy drugą kurczowo ściskała.

Jego ręka była zimna jak lód.

Nie śmiała podnieść oczu na niego.

Usiedli wszyscy troje.

Teraz spotkała się z jego wzrokiem.

Był to wzrok cierpiącego nieludzkim cierpieniem, wzrok chorego beznadziejnie — wzrok palący się zabójczym ogniem, a tak śmiertelnie smutny, że przez chwilę zdawało się jej, że nie będzie mogła wytrzymać i zaraz zakryje twarz rękami i zacznie płakać, szlochać jak dziecko.

Ale przemogła się.

I teraz zaczęła się ta straszna tragikomedia jej kokieterii wobec tej świętej, wielkiej miłości.

Była w rozpaczy. Czuła się sama pobrudzona wzrokiem, którym śmiał patrzeć na nią ten drugi.

Odczuwała całą intuicją kobiety to, co on musiał odczuwać.