A on siedział zupełnie cicho, patrząc na nią wielkimi, wygasłymi oczyma, jak gdyby nie mógł, nie chciał zrozumieć.

A ona w dalszym ciągu z uczuciem, jak gdyby powoli wkładała sobie do serca ostrze sztyletu, uśmiechała się zalotnie, wyzywająco...

On kurczowo ściskał serwetę w ręku, a zęby wpijały się powoli w dolną wargę.

Nagle wybuchnął głośnym, spazmatycznym śmiechem.

— Co panu, co panu? — spytał się Francuz.

— A — no — nic, śmieję się z tego, co pan opowiada.

Nie było mowy o niczym śmiesznym.

Raptem zerwał się i pobiegł ku wyjściu.

Spostrzegła dopiero, gdy już stał koło drzwi otwartych.

Machinalnie wstała, żeby go zatrzymać. Czuła, że nie może go teraz wypuścić.