— Doktorze, powiedz prawdę nareszcie, bo sprzykrzyło mi się widzieć zawsze i wszędzie sztuczny uśmiech na ustach, a przecież wiem — gorzko się uśmiechnęła — że to początek końca albo i może koniec już końca, co, doktorze?

— Ależ, proszę pani, mówię, że jeżeli pani będzie tylko rozsądna i ostrożna, to może pani żyć jeszcze długie lata, ależ przeżyć nas wszystkich! — Widzi pani — wziął krzesło i podsunął się bliżej do chorej — sprawa tak się przedstawia: stan pani jest taki, że gdy pani będzie ostrożna, to można jeszcze żyć długo, ale najmniejsza nieostrożność — ja za nic nie ręczę. No, widzi pani, znów pani więcej kaszle, a któż to słyszał na taką pogodę wychodzić, na 15° mrozu; wiatr taki ostry, że ja....

— Ależ, doktorze — wykonała niecierpliwy ruch ręką — tak mi się już sprzykrzyło leżeć i ciągle myśleć o pigułkach, lekarstwach albo — o jeszcze przyjemniejszych rzeczach... Przecież jam2 młoda, 23 lata, pomyśl, doktorze! Czyż doktor już zapomniał, co to znaczy być młodym i leżeć bez żadnego widoku na polepszenie — zwariować można! A to doktor nawet na taki skromny spacer pozwolić nie chce — kulę w łeb, to jedyne co pozostaje, albo może lepiej kwas pruski3, co, doktorze?

— Któż to słyszał o takich rzeczach mówić — rzekł doktor, nachmurzywszy czoło i odsuwając swe krzesło. — Wszystko będzie dobrze, trzeba tylko być rozsądną. Niech pani nie zapomina o pigułkach. Jutro znów przyjdę.

Wstał, aby się pożegnać.

Ona podniosła się trochę na szezlongu4 i, opierając głowę na ręku, rzekła:

— A zatem, panie doktorze, znóweś5 mi pan nic nie powiedział, na kiedy mam obstalować6 swój pogrzeb, czy zaraz, czy można jeszcze poczekać...

Rozśmiała się nerwowo.

— Och, z tymi doktorami!

Wyciągnęła się na szezlongu i założyła ręce na głowę.