Przez cały wieczór została już przy chorej dziewczynce; była pewna, że wieczór jutrzejszy przejdzie tak, jak ona marzyła kiedyś w latach pierwszej młodości; była przekonana, że będzie dla niej pełny głębokiego artystycznego zadowolenia i jaśniejący pierwszymi promieniami wschodzącego słońca sławy...
Na drugi dzień z rana musiała jeszcze pójść na próbę ostateczną.
Wróciła zmęczona i zdenerwowana.
Jej partner — Janek — w niektórych scenach był tak drewniany i sztywny, że psuł jej najcudniejsze chwile. Bała się, że ją dziś wieczorem wyprowadzi z nastroju, że przestanie prawdziwie odczuwać, przeżywać swą rolę, a będzie musiała ją grać, posługując się tylko wszelkimi efektami sztuki aktorskiej.
Halinka przez cały dzień była bardzo milcząca i wyczerpana. Nie mówiła matce nic o strasznym ataku bólu, który miała podczas jej nieobecności.
Obiad zjadły w milczeniu.
Była strasznie zdenerwowana i niespokojna. Chwilami jakiś strach ją chwytał. Zdawało jej się, że dziś wieczorem słowa nie wykrztusi. Potem obejmował ją znów gorączkowy zapał.
Pod wieczór, tak o piątej, nerwowa febra zaczęła nią trząść.
— Halinko, Halinko! Ja się strasznie boję!
Jak małe dziecko, zaczęła się skarżyć przed swoją własną córeczką.