A Halinka uspokajała ją słodko i czule, dziecinnie, a jednak rozsądnie.

O godzinie szóstej miano przyjść po garderobę.

O pół do siódmej miała być w teatrze.

Już na godzinę przedtem chodziła nerwowym krokiem po pokoju, nie będąc w stanie usiedzieć spokojnie.

Halinka leżała na kanapie i rozmyślała nad dzisiejszym wieczorem. Była strasznie dumna ze swej matki i najgłębiej przekonana, że będzie się podobała. Cieszyła się ogromnie na myśl o dzisiejszym przedstawieniu.

Dawniej na prowincji siadywała zawsze w garderobie matki i z zapartym oddechem, z gorączkowo rozwartymi oczyma, śledziła stamtąd akcję sztuki.

Była dzisiaj trochę zdrowsza, więc matka obiecała zabrać ją do teatru.

Przyszli ludzie po kosz z garderobą.

Zaczęły się ubierać.

Halinka poszła do przedpokoju po palto, a matka stała przed lustrem i kładła kapelusz. Uśmiechała się nerwowo sama do siebie, ręce miała zimne jak lód i półświadomie powtarzała: „Stoi wierzba płacząca nad ciemnym jeziorem...”.