Nagle cichy jęk rozległ się w przedpokoju.
Była tak zaabsorbowana swymi myślami, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi i mówiła dalej: „Drży w promieniach miesiąca — kiedy wietrzyk ją trąca...”.
Głośniejszy jęk z przedpokoju wyrwał ją z zamyślenia.
— Halinko, Halinko, co tobie?! — krzyknęła głosem niespokojnym i pobiegła do przedpokoju.
Na podłodze leżało dziecko zemdlałe, z wykrzywioną od bólu twarzą.
— Marysiu! — krzyknęła, otwierając drzwi do kuchni. — Wody, wody! Halinka zemdlała! — A sama, wylawszy na dziecko trochę wody z karafki, którą chwyciła w przyległym pokoju, rzuciła się na nie i zapamiętale zaczęła całować i nawoływać do życia, nazywając je najsłodszymi imionami.
Powoli Halinka powracała do życia. Rozwarła szeroko oczy i jakimś dziwnie obcym, nieprzytomnym wzrokiem jęła się przypatrywać matce. Potem znów zamknęła oczy i chwyciła matkę za rękę.
— Mamusiu, nie odchodź, nie odchodź — wykrzyknęła przestraszonym głosem.
Matka zaniosła ją na kanapę, a dziecko wciąż kurczowo trzymało jej rękę i przyciskało ją do siebie.
Leżała na kanapie. Ostatnie promienie słońca oświetlały jej biedną, bladą twarzyczkę.