Teraz dopiero matka zauważyła, że Halinka ma twarzyczkę prawdziwej małej męczennicy: oczy wpadłe28, usta boleśnie skrzywione, a na czole wypisana linia jakiejś bolesnej, wielkiej rezygnacji.
I straszny żal i ból gwałtowny ogarnął jej serce, a łzy cisnęły się do oczu.
Schyliła się nad dzieckiem i z wielką macierzyńską miłością zaczęła je całować po rękach i twarzy.
A dziewczynka nagle otworzyła szeroko oczy i spytała cichym, smutnym głosem:
— A mamusia bardzo by płakała, gdybym ja tak... umarła...
Ostatnie słowa wymówiła zupełnie cicho.
— Co ty mówisz, co ty mówisz! — krzyknęła matka i ze strasznym płaczem rzuciła się na dziecko, namiętnie przyciskając je do siebie.
— Halinko ty moja, ty dziecko moje! — I wybuchnęła przeciągłym szlochaniem.
A dziecko cicho głaskało matkę po głowie i słodko, spokojnie pocieszało ją:
— No nie, nie, już nie! Ja przepraszam, przecież ja tylko tak mówiłam. Już mi dobrze. Niech mamusia nie płacze, to głupstwo. Już mi lepiej, to przejdzie. Prawda, to przejdzie?