— No, już dobrze, dobrze! — Odwrócił się obrażony i zaczął palcami bębnić po stole. — Mówię pani, że grzechem jest to, co pani robi, ale dosyć! Sama sobie pani szkodzi.

Odeszła z małym wynagrodzeniem za dwa wieczory występu.

Po dwóch dniach opuściły L.

Droga do dworca przechodziła obok teatru.

Przez dwa dni prawie nie pomyślała o nim, będąc ciągle zajęta troską o coraz słabsze i wyczerpane dziecko.

Teraz przejeżdża koło gmachu teatru i nagle zdaje jej się, że musi wyskoczyć, zostawić wszystko i wtargnąć do tego domu, który stał się dla niej najdroższym, w duszy ręce wyciąga do niego i całuje ściany oczami.

Przejeżdża koło miejsca, gdzie afisze rozwieszają — patrzy: Lena.

A tam, gdzie jej nazwisko było, znajduje się teraz inne, obce...

Uczuła nagle straszną nienawiść do tej obcej kobiety, która jej miejsce zajęła i straszny, straszny ból.

Minęły już gmach teatralny, z głębokim westchnieniem wsunęła się w głąb dorożki.