— Powtarzam, że prawie nie ma nadziei: jest to bardzo rozwinięta wada serca.
— Ależ panie, to być nie może, przecież muszą być jakieś środki lecznicze, musi być ratunek na to. — I patrzyła na niego błagającym wzrokiem.
— Jedynym, co przedstawia jeszcze małą nadzieję, byłby wyjazd do Nauheim43 — rzekł doktor wolno. — Tak, to mogłoby może pomóc, choćby na lat kilka.
Chwytając się tej nadziei, powtórzyła drżącym z radości głosem:
— Do Nauheim, pan mówi, że to pomoże, to jedziemy, naturalnie, jedziemy!
Na drugi dzień z rana była u dyrektora.
Krótko i stanowczo powiedziała mu, że chodzi tu o życie dziecka i że musi wyjechać.
Dyrektor z początku irytował się w straszny sposób: wymyślał jej od przeczulonych nerwów, dziecinnych kaprysów itd., ale wreszcie widząc, że wobec stanowczego postanowienia nic zrobić nie może, musiał ją zwolnić.
— Ale ja pani powiadam, że to wina tylko kaprysu, jeżeli pani się nie wybije... Ja pani dobrze życzę i pani nie chce.
— Ależ panie dyrektorze!