Potem nagle się zrywa i zaczyna dziecko cucić wszelkimi sposobami.

Powoli, powoli, wraca ono do życia...

Doktora, po którego natychmiast posłano, nie zastano w domu; przyszedł dopiero wieczorem, auskultował42 dziecko i zrobił bardzo poważną minę.

Ona stała przy nim i badawczym, niespokojnym wzrokiem śledziła każdy ruch jego, każde zmarszczenie brwi. Zdawało jej się, że to badanie trwa wieki całe.

Nareszcie skończył i zmierzał ku wyjściu.

Poszła za nim.

Cicho, ale wyraźnie, strasznie wyraźnie, wyrzekł: „Dziecko ma się bardzo źle, bardzo źle”.

Spojrzała na niego bezbrzeżnie niespokojnie.

— Muszę pani prawdę powiedzieć, nadzieja jest bardzo, bardzo mała.

— Doktorze — przerwała mu, chwytając go za ręce; głos jej się załamał.