— Pójdziemy drogą krótszą, przez pokój wuja.
— Mnie do dzienników nie jest tak pilno — zażartował.
— Ale Bronia siedzi nad książką i na mnie czeka — odpowiedziała.
Przez drzwi, wychodzące na ogród, weszli do pokoju, za którego oknem rosły duże krzaki akacji. Pokój zaś miał kształt szuflady, było w nim łóżko, biurko stare, kilka jeszcze sprzętów starych i najstarszy ze wszystkich fotel głęboki, jeden z tych, które niegdyś nosiły nazwę wolterowskich.
— To pokój wuja. Tu czytuję mu głośno, w zimie więcej, w lecie mniej, ile można i jak się zdarzy... Wuj siaduje na tym fotelu, ja na tym taborecie, tu pali się lampa i — czytamy...
— Plutarcha? — podchwycił Roman.
— Różne rzeczy... czasem dzienniki i powieści, czasem Plutarcha, albo Biblję...
Ożywiła się i kiedy gestami żywemi, choć zawsze spokojnemi wskazywała przedmioty wymieniane, oczy Romana były do niej przykute. Teraz dopiero spostrzegł, że ma w warkoczu lewkonję, której blada różowość odbijała wdzięcznie od kruczej czarności jej włosów.
— Pokój wujenki jest znacznie większym od tego... a nasz, mój i Bronki, tu, obok wuja, abym mu była zawsze pod ręką.
Otworzyła drzwi staroświeckie, nizkie, o jednych tylko odrzwiach wapnem wybielonych. W pokoju, do którego weszli, ściany były także pobielone, białe firanki przystrajały okna, u ścian stały dwa łóżka biało zasłane. Przy stole, stojącym po środku pokoju, Bronia siedziała nad książką. Powitała wchodzących skinieniem głowy i znowu zanurzyła się w czytaniu. Irena otworzyła szafkę oszkloną, Roman podszedł do dziewczynki i pochylając się nad nią, zapytał: