A echo, jak kumoszka ze złości kogoś przedrzeźniająca, prędko wytrzepało:

— Ko-ko-ko!

Dokoła trzaskającego i szumiącego ognia rozległ się powszechny wybuch śmiechu i jeden tylko Bronek nie śmiał się wcale, podniósł głowę, wzrok, który strzelił błyskawicą na pannę Janinę, obrócił i z wyrazem ironicznej niemal energii na twarzy, wyraźnie, przeciągle, prawie uroczyście, wykrzyknął:

— Wła-dy-sław!

Bór też wyraźnie, przeciągle, zupełnie uroczyście odpowiedział:

— Sław! Słaaw! Słaaaaw!

I nie wiadomo, coby na to niespodziane wysławienie imienia swego powiedział był elegancki sąsiad, gdyby powszechnej uwagi nie zwróciło na siebie kilka wychodzących z boru postaci ludzkich.

Były to dziewczęta wiejskie z koszykami w rękach, które wyłaniały się z ciemnego boru i stawały jak wryte, widokiem palącego się nad wodą ognia zachwycone.

— Oj, oj! jaki ogień! Boże mój, Boże, jaki piękny ogień!

Nad głowami ich dym, kłębami do boru idący, mgłą lekką postacie ich osłaniał, tak, że wyraźnie widać było tylko bose ich stopy nad samą wodą w żółty piasek wryte, jak bronzowe podstawy posągów.