— Ach, dałbyś pokój, panie Laurenty! Dziwię się, że możesz być tak łatwowiernym! To nie nędza, panie, ale ambicja! Ambicja! Chciałoby się czym błysnąć, zasłynąć, najwyższe miejsce w społeczeństwie zająć i zdobyć sobie tym sposobem swobodę czynienia, co się podoba, i osłania­nia wybryków swych urojoną wyższością, kłamaną pracą!

Księgarz wzruszył ramionami.

— Jesteś przecie literatem, panie Antoni, i powinien byś więcej coś wiedzieć o kwestii wychowania i pracy ko­biet...

— Kwestia kobiet! — podskakując na krześle z rozrumienioną nagle twarzą i pałającymi oczami wykrzyknął mężczyzna. — Czy wiesz pan, co to takiego, ta kwestia kobiet...

Umilkł na chwilę, bo zasapany z wielkiego uniesienia zmuszonym był głębiej odetchnąć. Po chwili spokojniej­szym już głosem dodał:

— Na cóż ci zresztą mówić mam, co myślę o tym przedmiocie. Przeczytaj moje artykuły.

— Czytałem, czytałem i bynajmniej nie zostałem nimi przekonany, aby...

— No! To jeśli mnie nie wierzysz — wpadł mu w mowę literat w grubych okularach — nie będziesz przynajmniej lekceważył tego wszystkiego, co wypowiadają o tym po­wagi... wielkie powagi... Oto niedawno doktor Bischoff91... Wiesz przecie, kto to Bischoff?

— Bischoff — rzekł księgarz — jest zapewne wielkim uczonym, ale oprócz tego, że nadużywacie słów jego i przesadzacie ich znaczenie, nie sądzę, aby mógł być wyrocznią skazującą tysiące nieszczęśliwych istot...

— Awanturnic! — przerwał znowu literat. — Wierz mi, że awanturnic tylko, istot ambitnych, pysznych i po­zbawionych moralności. Po co nam, proszę, kobiety uczone, jak wyrażają się niektórzy, niezależne? Piękność, ła­godność, skromność, uległość i pobożność — oto są cnoty właściwe kobiecie, gospodarstwo domowe — oto zakres jej pracy, miłość dla męża — oto jedyna stosowna i poży­teczna dla nich cnota! Prababki nasze...