W tej chwili weszło do księgarni parę osób, a opowiadanie o prababkach zawisło niedokończone na otwartych, pulchnych ustach literata. Ale jakichże silnych argumentów zaczerpnąłby on dla tylko co wygłoszonej swej teorii, jak wiele mógłby nowego powiedzieć i napisać o ambicji i zazdrości, wiodących kobiety do przekraczania nakre­ślonych im przez naturę i wielkie powagi granic, gdyby mógł w tej chwili przeniknąć myśli idącej ulicą Marty!

Po wyjściu z księgarni była ona zrazu jakby ogłuszona i onieczulona92. Nie myślała o niczym i nie czuła nic. Pierw­sza myśl przytomna, jaka powstała w jej głowie, formo­wała się słowami: „Jacy oni szczęśliwi!”. Pierwszym uczu­ciem budzącym się w niej wyraźnie była — zazdrość.

Szła wtedy chodnikiem przeciwległym temu, za któ­rym szerokie i wspaniałe swe budowy rozpościera Kaźmirowski pałac93. Na obszernym pałacowym podwórzu ro­iły się młodzieńcze postacie z ożywionymi twarzami, w dostojnych ubiorach wychowańców uniwersytetu. Jedni z młodzieńców tych trzymali pod ramieniem wielkie księ­gi w prostej oprawie lub bez oprawy, zniszczone, na wpół podarte od używania, inni owijali w papier elastyczne lub stalą połyskujące przedmioty, przyrządy naukowe za­pewne, które nieśli do domów swych, aby z ich pomocą oddawać się uczonym eksperymentom i obserwacjom. Przez kilka minut napełniali oni podwórze gwarem roz­mów cichszych i głośniejszych. Rozprawiali, gestykulo­wali żywo, od czasu do czasu z tej lub owej grupy wybie­gała gama młodzieńczego śmiechu albo podniósł się głoś­niejszy wykrzyk, zdradzający uniesienie, zapał młodej piersi i przedmiot ulubiony studiów rozpalonej głowy. Po kilku minutach grupy rozprzęgły się; widać było, jak mło­dzi ludzie podawali sobie dłonie i jedni z wesołymi uśmie­chami na ustach, inni w zamyśleniu, inni jeszcze ożywio­ną prowadząc rozmowę, pojedynczo lub parami opuścili uniwersytecki podwórzec i zmieszali się z ludnością sze­roki chodnik zalegającą.

Marta szła bardzo powoli, z głową zwróconą wciąż ku wielkiej budowie, która teraz przybrała dla wyobraźni jej znaczenie świątyni o tajemniczej sile pociągu. Młodzi ludzie z księgami pod ramieniem, z jasnymi lub poważnie zamyślonymi twarzami wydawali się jej istotnie dzierżą­cymi przywileje, dostojność i szczęście chyba półbogów. Biedna kobieta westchnęła z głębi piersi.

— Szczęśliwi! Och, szczęśliwi! — szepnęła i ogarniając znowu wzrokiem wspaniałą budowę, którą zostawiała już poza sobą, dodała. — Czemuż ja tam nie byłam? Czemuż ja tam teraz być nie mogę?

„Nie mogę? — myślała dalej. — Dlaczegóż nie mogę? Nie mam prawa! Dlaczego nie mam prawa?

Jakież to są te tak bezgraniczne różnice, które zacho­dzą pomiędzy mną i tymi ludźmi? Dlaczego otrzymują oni to, bez czego żyć tak trudno, a ja nie otrzymałam i otrzy­mać nie mogę?”

Po raz pierwszy w swym życiu w piersi Marty podniosła się fala palącego oburzenia, głuchego gniewu, gorzkiej zazdrości. Zarazem doświadczyła uczucia niewysłowionej, gniotącej pokory. Zdawało jej się, że najlepiej by uczyni­ła, jeśliby w tej chwili upadła na kamienie chodnika, twa­rzą ku ziemi, pod stopy przechodniów. „Niechby mię deptali! — pomyślała. — Czegóżem więcej warta94, ja, niedołęż­na, do niczego niezdatna, nikczemna istota!”

Ostatni wyraz tej myśli przebrzmiewał w jej głowie, gdy zwój papieru, który niosła, wyniknął się z jej dłoni i upadł pod stopy.

Zeszyt padając roztworzył się; nachyliła się, aby go podnieść, i na tle zakreślonej przez nią karty ujrzała dwa trzyrublowe papierki.