Był to dar litościwego księgarza, który odrzucając nie­udolną pracę kobiety pragnął jednak dać jej czynny do­wód swej litości. Marta wyprostowała się z zeszytem w jednym ręku, szeleszczącymi papierkami w drugim. Oczy jej miały w tej chwili blask ostry i przeszywający, pierś drżała tłumionym, głuchym śmiechem.

— Tak! — wymówiła głośno prawie. — Im nauka i pra­ca, mnie — jałmużna...

Wyrazy syczały w ustach jej, tak prawie białych jak papier, który trzymała w dłoni.

— Dobrze! — szepnęła po chwili. — Niech i tak będzie! Dlaczego nie dali mi tego, czego dziś wymagają ode mnie, dlaczego wymagają ode mnie tego, czego mi nie dali! Niech teraz dają pieniądze... tak... pieniądze... darmo... będę brała... niech dają...

Szybkim, nerwowym ruchem wsunęła asygnaty w kie­szeń zniszczonej sukni i zachwiała się na nogach. Teraz dopiero, gdy duch jej wtrąconym został na nowo w odmęt strasznej burzy, ciało przypomniało jej, że była głodna, że kilkadziesiąt nocy spędziła nad pracą, która nie przy­dała się na nic. Nie mogła iść dalej. Przez mgłę, która wzrok jej przysłaniała, ujrzała przed sobą wschody. Były to wschody Świętokrzyskiego kościoła. Osunęła się na nie, oparła głowę na ręku i przymknęła oczy. Po krótkiej chwili zesztywniałe jej rysy zmiękły, lód, w którym uczu­cia ścięły się w jej piersi, tajał, spod powiek spuszczonych po marmurowo białym policzku płynąć poczęły łzy, kro­pla po kropli, bujne, ciężkie, padały na chude ręce i kry­ły się pomiędzy fałdami żałobnej sukni.

Gdy tak się działo z Martą, chodnikiem Krakowskiego Przedmieścia postępowała para ludzi: kobieta i mężczy­zna. Szli krokiem prędkim i lekkim, rozmawiali z sobą z wielkim ożywieniem. Kobieta młoda była, wystrojona i piękna, mężczyzna młody także, wytwornie ubrany i bardzo przystojny.

— Mów pan, co chcesz, przysięgaj, jak chcesz, a nie uwierzę ci, abyś kiedykolwiek w życiu swym mógł być naprawdę zakochanym!

Mówiąc to, młoda kobieta śmiała się ustami i oczami. Zza ust jej koralowej barwy ukazywały się dwa rzędy białych i drobnych zębów, piwne źrenice błyskały i rzucały dokoła szybkie wejrzenia. Mężczyzna westchnął. By­ła to parodia westchnienia, mieszczącego w sobie więcej żartu i wesołości niż śmiech kobiety.

— Nie wierzysz mi, piękna Julciu, a jednak Bóg mi świadkiem, żem kochał się przez dzień cały nie tylko na­prawdę, ale szalenie, bez pamięci! Wystaw bo sobie taką boską istotę! Wysoka jak topola, oczy wielkie, czarne, płeć jak alabaster, włosy jak krucze pióra, olbrzymie i nie sztu­czne, powiadam, że nie sztuczne, ale własne, już ja się na tym znam... Smutna, blada, nieszczęśliwa... o, bogini! Ale to wszystko jeszcze nic, podobała mi się od razu co praw­da, powiedziałem przecie sercu mojemu: „Milcz!”, bo wiedziałem, że siostra moja nie żartem ją polubiła i strzec ją ode mnie postanowiła jak od ognia... Wtedy jednak, kiedy przyszła do mojej siostry i tym swoim cudownym, lubym, słowiczym głosikiem powiedziała: „Nie mogę uczyć córki pani...”. Ale ja tobie, piękna pani... Julciu, opowiadałem już tę historię... Otóż wtedy to właśnie zakochałem się w niej naprawdę. Przez cały dzień potem chodziłem jak odurzony, po wszystkich ulicach szukając mojej bo­gini...

— I nie znalazłeś jej pan?