— Nie szukałem...

— I zapomniałeś o niej...

— Nie zapomniałem, och, nie zapomniałem. Ale rana serca zabliźniła się jakoś... Cóż robić? Vivre c’est souffrir95...

Wymówiwszy ostatnie wyrazy młody człowiek pod­niósł w górę spojrzenie pełne melancholii i zagwizdał z cicha arię Kalchasa z Pięknej Heleny.

Nagle przestał gwizdać, stanął i zawołał:

— Ach!

Kobieta obok niego postępująca spojrzała nań zdzi­wiona. Wesoły Oleś wzrok miał utkwiony w jednym punk­cie i, o dziwy! z ust jego zsunął się uśmiech wiekuisty. Kształtna i delikatna linia ust tych jak też i wszystkie li­nie twarzy młodzieńca mieniły się i falowały, jak bywa zwykle u ludzi z naturą wrażliwą, gdy są nagle wzruszo­nymi.

— Cóż tam takiego? — zapytała piękna kobieta nie­chętnym trochę głosem. — Doprawdy — dodała zalot­nie — powinnam mieć urazę do pana, panie Olesiu! Idziesz pan ze mną, a patrzysz, nie wiem, na kogo...

— To ona! — szepnął Oleś. — Ach, jakże piękna!

Przez chwilę młoda i strojna kobieta nosząca imię Julii szukała wzrokiem punktu, na którym tak upornie96 spoczy­wał wzrok jej towarzysza. Nagle pochyliła się nieco i wy­ciągając przed siebie ręce ukryte w sobolowej mufce, zawołała: