— Jak żyję — zawołał z zapałem — jak żyję, nie wi­działem tak miłego, pociągającego stworzenia! Jak jej do twarzy w tej obrzydliwej chustce, którą ma na głowie. O! Ja bym ją ubrał w atłasy, w aksamity, w złoto...

Pani Karolina podniosła nagle głowę i spojrzała w roz­ognioną twarz młodego człowieka.

— Doprawdy? — zapytała przeciągłym tonem.

— Doprawdy — odpowiedział Oleś i nawzajem znaczące wejrzenie utopił w oczach swej towarzyszki.

Kobieta w atłasach zaśmiała się krótkim, suchym śmiechem.

*

Dzień zimowy miał się ku końcowi. W saloniku, któ­rego okna wychodziły na ulicę Królewską, na zgrabnym kominku otoczonym żelazną, kunsztownie wyrobioną kra­tą żarzyły się węgle w takiej ilości, aby nie rażąc zbyt­nim gorącem, przyjemne tylko dokoła rozlewać mogły ciepło.

Przed kominkiem stała kozetka wybita amarantowym adamaszkiem i niski fotel na biegunach, orzucony kwie­cistym kobiercem, z podnóżkiem, na którym znajdował się wyszyty włóczkami, śliczny, długouchy wyżełek.

Na kozetce wpółleżała smukła postać kobiety w czar­nej sukni z szeroką białą taśmą u dołu.

Na fotela, drobne i wytwornie obute stopy opierając o podnóżek, kołysała się lekko druga kobieta w modnym kostiumie z fiołkowego atłasu, aksamitem i frędzlami te­goż koloru bogato przystrojonym, w białym jak śnieg webowym kołnierzyku, spiętym wielką, w złoto oprawną kameą, z jasnopłowymi włosami, wysoko nad czołem zaczesanymi, ledwie dojrzanym pyłkiem białego pudru przysypanymi i w długich krętych pasmach opadającymi na plecy, piersi, szyję i ręce, które, białe i drobne, wysuwały się z webowych mankietów i splecione na atłaso­wej tunice sukni połyskiwały dużym brylantem jedyne­go, lecz wielce kosztownego pierścienia.