— Nie mogę — rzekła — dziecko moje czeka na mnie.
— A! Masz dziecko! A więc cóż stąd? Poczeka jeszcze trochę.
— Nie mogę...
— A więc przyjdź do mnie za godzinę... dobrze? Mieszkam na ulicy Królewskiej...
Wymieniła numer domu, ściskała w dłoniach swych rękę Marty.
— Przyjdź, przyjdź! — powtarzała — Czekać cię będę... Przypomnimy sobie dawne czasy.
Dawne czasy mają zawsze urok wielki dla tych, którym nowe nie przyniosły nic prócz łez i boleści.
Marta czuła się orzeźwiona i żywo wzruszona widokiem odnalezionej niespodzianie towarzyszki swej młodości.
— Za godzinę — rzekła — przyjdę do ciebie, Karolciu...
Kto by wtedy na grupę trzech tych osób śród chodnika stojących pilną zwracał uwagę, mógłby spostrzec, że gdy Marta wyrzekła słowo: „Przyjdę!”, Oleś uczuł niepohamowaną prawie ochotę podskoczyć wysoko i wykrzyknąć: „Victoria!” Nie uczynił jednak ani jednego, ani drugiego, rzucił się tylko w tył nieco i strzepnął palcami. Czarne oczy jego żarzyły się jak rozpalone węgle i tonęły w bladej twarzy Marty, którą w tej chwili rozświecił uśmiech. Kiedy na koniec młoda kobieta odeszła, człowiek wiekuistego śmiechu zwrócił się do swej towarzyszki.