— Próbowałam być szwaczką, ale jakoś mi się nie udało! Cóż robić? Tak chciało przeznaczenie, na które jednak nie uskarżam się wcale...
I znowu zaśmiała się. Tak często powtarzający się śmiech jej, wpół płochy, wpół zalotny zdawał się płynąć więcej z przyzwyczajenia do ciągłego śmiania się niż z wesołości. Teraz Marta orzuciła100 spojrzeniem bogaty strój stojącej przed nią kobiety.
— Czy wyszłaś za mąż? — zapytała.
Kobieta zaśmiała się znowu.
— Nie! — zawołała. — Nie, nie! Nie wyszłam za mąż, moja droga! To jest, jak ci mam powiedzieć? Ale nie, nie! Za mąż nie wyszłam...
Śmiała się wciąż mówiąc to, ale śmiech jej miał już tym razem przykre, trochę przymuszone brzmienie. Wesoły Oleś, który nie spuszczał oczu z Marty, przy ostatnim jej pytaniu spojrzał na Karolinę, musnął wąsik i uśmiechnął się.
— Cóż ja najlepszego czynię? — zawołała kobieta w atłasach. — Paplaniną moją zatrzymuję państwo na chłodzie i wtedy, kiedy moglibyśmy wsiąść do dorożki i wnet pojechać do mego mieszkania. Pojedziesz ze mną, Marto? Prawda? Porozmawiamy długo i opowiemy sobie wzajemnie historię naszego życia...
Zaśmiała się znowu i rzucając dokoła szybkie, błyszczące spojrzenia, dodała:
— O, te historie naszego życia! Jakie one są zabawne! Opowiemy je sobie wzajem, Marto, nieprawdaż?
Marta zdawała się wahać przez chwilę.