Marta siedziała jak skamieniała. Spod dłoni, którą przykrywała sobie oczy, widać było twarz jej marmuro­wo bladą i nieruchomą. Ledwie dostrzegalne drgnienie przebiegło ją od stóp do głowy, kiedy prawie przy uchu jej zadźwięczał suchy, krótki śmieszek, podobny teraz do grzechotki nocnego stróża.

— Nie wiem już, jak się to stało, ale uważam, że wpa­dłam w deklamację! — wołała śmiejąc się kobieta z roz­puszczonymi płowymi włosami. — To twoja żałobna suk­nia, Marto, zaciemniła mi salon. Nie lubię ciemności, ko­cham się w blaskach, lubię śmiać się na komedii, a w do­mu jeść cukierki... wierz mi... tak lepiej...

Wzięła rękę wdowy zwisającą śród fałd czarnej sukni i przysunęła się do niej bliżej.

— Słuchaj, Marto — zaczęła przechylając się do ucha prawie towarzyszki — kochałam cię kiedyś, dziś żal mi cię wielki... Pierścionek, który mi dałaś, żywił mię przez kilka tygodni, teraz ja cię wesprę radą i pomocą... Dotąd wypowiadałam ci samą teorię tylko, teraz przechodzę na pole praktyki... Obok mieszkania mego są do wynajęcia trzy pokoje, takie prawie jak te... chcesz? Jutro będziemy sąsiadkami. Przyprowadzisz tu twoje dziecko, będzie mu ciepło i wygodnie... Pojutrze zdejmiesz tę żałobną brzyd­ką suknię...

Marta odjęła dłoń od oczów i podniosła głowę.

— Karolino! — rzekła powstając. — dosyć już, nie mów ani słowa więcej...

— Cóż? — zawołała kobieta w atłasach. — Czy nie?

Kobieta w żałobie nie odpowiadała chwilę. Twarz jej mieniła się śmiertelną boleścią i krwawym rumieńcem, głos drżał i urywał się w piersi, gdy mówić zaczęła:

— Niedawno jeszcze, niedawno, gdyby ktokolwiek ośmielił się mówić do mnie tak, jak ty mówiłaś, Karoli­no, uczułabym śmiertelną obrazę... może gniew szalony... teraz nie czuję nic prócz wielkiej boleści, większego jesz­cze wstydu. Muszę być doprawdy czymś mniej niż czło­wiekiem, skoro nie zawiniwszy nic, nie uczyniwszy cie­nia złego, nie szukając po świecie niczego, niczego prócz uczciwej pracy, spotkałam to, co... spotkałam... Och, jak­że nisko, nisko upadłam!... I za cóż? I za jakąż winę?

Stała chwilę nieruchoma, z oczami posępnie wlepio­nymi w ziemię. Po chwili łagodniej trochę rzekła: