— Nie pogardzam tobą, Karolino, nie cisnę na ciebie, jak mówiłaś, garścią błota. Boże mój! Wszakże ja wiem, czym jest życie kobiety ubogiej... kosztuję go od kilku miesięcy... dziś połknęłam kroplę jego najbardziej gorz­ką. Nie pogardzam więc tobą, ale pójść w twoje ślady nie mogę... nie, nigdy... nigdy...

Umilkła znowu i tym razem jasnym wzrokiem pa­trzała w jeden punkt przestrzeni. Tam oczami wyobraźni ujrzała jeden z obrazów swej przeszłości.

Nie był to przecież żaden z obrazów minionego wese­la i szczęścia, odzwierciedlał, owszem, w sobie chwilę bo­leści bez granic. Marta ujrzała na łożu choroby spoczywającego jedynego człowieka, którego kochała na ziemi.

Twarz jego sztywniała pod dłonią śmierci, oddech ustawał w schorzałej piersi, ale oczy jego spoczywały na jej twarzy, rozpromienione ostatnim blaskiem życia, ręka poruszana spazmem konania w drętwiejących palcach ściskała jej rękę. „Biedna Marto moja, jak ty żyć bę­dziesz beze mnie!”. Ze słowami tymi na zsiniałych ustach opuścił ją na wieki.

— O! Jakże kochałam go! Jak kocham go jeszcze! — szepnęła wdowa; zarazem ręce jej załamane opadły na czarną suknię, a pierś podniosła się ogromnym westchnie­niem. — Nie, Karolino! Przez Boga, nie! — zawołała pod­nosząc wysoko twarz oblaną promienną bladością. — By­łam szczęśliwsza od ciebie. Człowiek, którego ukochałam, nie uczynił ze mnie rzeczy. Poślubił mię, kochał, szano­wał. Konając myślał jeszcze o mnie i o mej przyszłości. Kocham go jeszcze, choć go nie ma już na ziemi, szanuję imię jego, które noszę. Miłość dla niego i pamięć o nim wznoszą się we mnie jak ołtarze; przed nimi pali się lam­pa napełniona łzami mego serca i oświeca smutną moją drogę...

— Którą postępując dostaniesz się wkrótce na Eli­zejskie Pola, kędy biali aniołowie połączą cię z niebosz­czykiem twoim mężem! — zabrzmiał przenikający i gamą ostrego śmiechu spleciony głos Karoliny.

Marta stała już o kilka kroków od niej i zarzucała na głowę swoją czarną wełnianą chustkę.

— Bądź zdrowa, biedna Karolino, bądź zdrowa! — za­wołała stłumionym głosem i wybiegła do sąsiedniego po­koju, gdzie nad okrągłym mahoniowym stołem paliła się już różowa lampa. Była blisko drzwi, gdy uczuła się przy­trzymana za ramię. Obok niej stała Karolina z wargami drżącymi od śmiechu, ze zwiędłym swym czołem falują­cym drobnymi zmarszczkami i z ciemnym połyskiem w źrenicach.

— Słuchaj! — rzekła. — Śmiać mi się chce, doprawdy, z ciebie! Jesteś egzaltowana, przedziwnie naiwna, jesteś, moja droga, wielkim jeszcze dzieckiem. A jednak żal mi cię! Nie wiem nawet dlaczego, bo i cóż mię na koniec ob­chodzić może, co się tam z tobą stanie? Dla mnie i lepiej, iż nie będziesz moją sąsiadką, jesteś zbyt piękna... Ale... ale pierścionek twój żywił mię przez parę tygodni... nie jest przecie koniecznym obowiązkiem powołania mego bytu, abym była niewdzięczna.

Jedną ręką silnie przytrzymywała ramię młodej ko­biety, drugą wyciągnęła ku oknu.