— A to wyborne! Cóż ja teraz zrobię? Przyjdzie mi ją szukać, ale miasto jak las, nim ją znajdę, znowu o niej zapomnę...
Wymówił to z nadzwyczajnym wzburzeniem, z gniewem prawie i żalem w głosie. Obawiał się, aby niestałość pamięci i codzienna wielka liczba wrażeń nie odebrały mu tego, co go w tej chwili zajmowało namiętnie. Nagle strzepnął palcami, wydał okrzyk radości i poskoczył znowu w stronę kominka.
— Eureka! — zawołał. — Wszakże jest szwaczką? Gdzie? Czy w jakim zakładzie? Piękna, śliczna, złota pani Karolciu, powiedz...
Kobieta wstała i szeroko ziewnęła.
— A tam... przy Freta ulicy, w szwalni Szwejcowej — rzekła z wyrazem najwyższego znudzenia. — Idźże już pan sobie teraz, muszę ubierać się do teatru...
Oleś zdawał się być uszczęśliwionym.
— U Szwejcowej! Wiem! Wiem! Bywam u niej! Jedna córka, ta, co kraje — straszydło, ale druga, mężatka młodziusia, za mężem piwowarem, i wnuczka po synie, panna Eleonora, wcale niczego... Tam to więc przebywa moja bogini! O, jutro... jutro... biegnę, pędzę, lecę.
Pochwycił kapelusz i stał już na progu.
— Do widzenia! — zawołał.
Zza proga wrócił jeszcze.