— Pani Karolcia idzie dziś do teatru. A co dają?

Kobieta stała przy drzwiach swej sypialni ze świecą zapaloną w ręku.

Flik i Flok — rzekła.

Flik i Flok! — zawołał człowiek wiekuistego śmiechu. — Muszę być i zobaczyć Laurę w tańcu egip­skim! Ale czy to nie późno? Mam jeszcze zajść do Bolka! Do widzenia! Do widzenia! Biegnę, pędzę, lecę!

*

Wszystkie wielkie miasta w ogólności posiadają, War­szawa zaś w szczególności posiada w swym łonie pewną liczbę mężczyzn różnego wieku, cieszących się doskonale ustaloną i szeroko głośną reputacją zjadaczy serc kobie­cych i niszczycieli czci niewieściej. Ludzie ci, odkąd tyl­ko matka-natura zwierzchnią ich wargę osypie pierwszym puszkiem wąsika, aż do chwili, a czasem i poza chwilę, w której taż matka powszechna ustroi im głowy w biała­wy szronik siwizny, czynią sobie niejako fach i codzienną praktykę życia z admirowania wdzięków niewieścich, platonicznego, gdzie inaczej nie można, nieplatonicznego wszędzie, gdzie tylko można. Bywają to ludzie bardzo przyjemni, ożywieni, dowcipni, weseli, usłużni, w towa­rzystwach poszukiwani, w koleżeńskich kółkach wielbie­ni. Miewają oni też często nie tylko czułe, ale i dobre ser­ca; z rozwagą, z zastanowieniem i umyślnie za nic nie chcieliby szkodzić nikomu, a jeśli obok tego częste wy­rządzają szkody, umysł wyrozumiały i dokładnie ich ro­zumiejący nie może bez niesprawiedliwości zastosować do nich innych wyrazów jak ewangeliczne: „Panie, od­puść im, bo nie wiedzą, co czynią!”. Ze względu zresztą na pospolitość zjawiska, jakie przedstawiają, na wszyst­ko, co zwykle spełniają, i to, do czego w życiu i znaczeniu społecznym dochodzą, są to w ogóle figurki w społeczno­ści i dla społeczności bardzo mało znaczące, drobne pion­ki na wielkiej szachownicy ludzkości, mikroskopijne owadki, ślizgające się swobodnie na rozpiętych skrzydeł­kach po chropowatej dla innych korze życia. Uwzględnia­jąc tedy tę ich maluczkość, można by w rozważaniu zja­wisk społecznych całkowicie pominąć tych wesołych bie­daków, a nawet z uśmiechem trawestować na ich widok ów sławny wykrzyk poety o puchu marnym, gdyby ten puch marny, te malutkie pionki wiecznie ruchliwe, te nie­winne owadki wiecznie radosne nie były śmiertelnie nie­bezpiecznymi dla pewnej klasy istot ludzkich. Klasą tą są kobiety ubogie. Nie idzie już tu nawet o serca, bo te, tak pod jedwabnymi jak pod wełnianymi i perkalowymi sta­nikami, są u tak zwanej płci pięknej drażliwym i zara­zem bezbronnym miejscem; byle co zranić je może, byle co zawojować. Stąd bóle i żale, łzy i jęki, targania wło­sów i zgrzytania zębów, tak w salonach jak na poddaszach. Ale przedmiotem, który w salonach niezmiernie rzadko uszkadzanym bywa przez owych przyjemnych swawolników, na poddaszach zaś, w suterenach, szwal­niach i różnych rękodzielniach w zupełnej ich pozostaje mocy i śmiertelnie przez nich szwankuje — to reputacja kobiety. W tym względzie bywają pomiędzy nimi tak po­tężni mocarze, iż bez długich nieraz starań, bez intencji niekiedy, jednym zbliżeniem się, kilku krokami uczynio­nymi obok kobiety, kilku na nią rzuconymi spojrzeniami zabijają dobrą sławę, stwarzają w głowach ludzkich złe podejrzenia. Jest to błogi owoc dobrze ustalonej i szeroko głośnej ich chwały. Błogi zaprawdę dla nich, bo dowodzi przed światem prawdziwie męskiej ich energii, olbrzy­miej potęgi wpływów na świat wywieranych, ogromnego bogactwa wrażeń doznawanych i sprawianych, czynów dokonywanych; niezbyt błogi może dla tych, na których wypadkiem zatrzyma się oko pana stworzeń...

Pan stworzeń idzie ulicą wielkiego miasta, laseczką giętką jak berłem wywija. Błyszczy na głowie jego kape­lusz, błyszczą na rękach rękawiczki z podwójnym szwem, błyszczy u piersi złoty łańcuszek i kołysze się z gracją na ciemnym tle tużurka sporządzonego dostojnymi rękami arcykrawca Chabou. Co za świetność! Nuci półgłosem pio­senkę z Pięknej Heleny, bystrymi oczami rzuca doko­ła. Brzegu kapelusza często ręką dotyka, wszystkim się kłania, wszyscy mu się kłaniają, wszystkich zna, wszyscy go znają. Co za dostojna w społeczeństwie pozycja! Prze­rywa sobie nucenie, szyję wyciąga i nogę w powietrzu za­trzymuje na kształt wyżła, który stropił zwierzynę, wzrok wysila, uśmiecha się... Tam, na rogu ulicy przemknął ła­dny buziaczek, białe liczko zaświeciło, czarne oczy zamigotały... Dalej! Dalej w pogoń! Baczność! Zwierzyna już blisko! Co prędzej osaczyć ją trzeba, bo gotowa się wy­mknąć! Zachodzi z boku, kapelusza uchyla, pełen uszano­wania (o ironio) ukłon składa i głosem, który jest wier­nym echem słyszanego wczoraj na scenie głosu Parysa, zapytuje:

— Czy pozwoli pani towarzyszyć sobie?

Pozwala? Idzie z nią. Nie pozwala? Idzie także. Nie jestże panem stworzeń? Po drodze spotyka zna­jomych (posiada ich tylu, ile morze kropel wody), mruga figlarnie i ukazuje oczami na towarzyszkę. Chwilami serce ze zwiększoną mocą uderza mu w pier­si. Są to pierwsze drgnienia budzącej się motylo­wej miłości lub może upojenie tryumfu? I jedno, i drugie najczęściej. Pan stworzeń, ilekroć ujrzy piękny, a nawet choćby ładny egzemplarz twarzy kobie­cej, przysięga przed wszystkimi i sam przed sobą naj­pierw, że jest szalenie, śmiertelnie zakochanym. Czyni to w zupełnej dobrej wierze. Serce jego to wulkan, który kilka razy na dzień wybucha. Obok tego czuje on dobrze, iż oczy ludzkie ścigają z zajęciem nowy epizod wielkiej epopei jego życia. Oczy te ludzkie tak przywykły widzieć go niezwyciężonym, że od pierwszej zaraz kartki odga­dują na ostatniej — zwycięstwo!

Zbliżył się, a więc zachwycił. Spojrzał, a więc zawo­jował. Ani on, ani nikt z tych, którzy go znają, nie przy­puszcza, by mogło być inaczej. Sława dzielnego chłopca wzrasta; reputacja ubogiej kobiety tonie. W koronie, któ­ra wieńczy wesołą jego głowę, wyrasta nowy liść waw­rzynu, na jej smutne czoło występuje plama... Takim był wesoły Oleś, jeden z wielu... Samo zbliżenie się jego kom­promitowało kobietę, rozmowa z nim była dla niej dekre­tem niesławy...