Jedna już tylko para nożyc przy okrągłym stole dzwoniła i skrzypiała, ale coraz ostrzej.
Panna, która osiadła na koszu z powodu niezwyciężonego Olesia, czuła się znać coraz więcej wzburzona.
Matka jej stała z twarzą zwróconą ku grupie robotnic, z nieruchomymi nożycami w ciemnoskórej ręce.
— Ja wczoraj widziałam panią Świcką na mieście. Pani Świcka stała wtedy przy wschodach Świętokrzyskiego kościoła z dwoma osobami.
Marta nie odpowiadała jeszcze. Cóż miała mówić?
Fakt, o którym mówiła Szwejcowa, był zupełnie prawdziwym.
— Znam także osoby, z którymi pani Świcka rozmawiała wczoraj na ulicy. Jedna z nich parę lat temu pracowała nawet czas jakiś w naszym zakładzie. Niedługo jednak, niedługo, bo spostrzegłam zaraz, że towarzystwo jej może być niebezpiecznym przykładem dla naszych robotnic. Czy pani Świcka zna dobrze tę kobietę? Towarzystwo jej może być bardzo niebezpiecznym.
— Nie dla mnie, pani — po raz pierwszy odezwała się Marta.
Nie podniosła głowy znad roboty, ale drżący głos jej dźwięczał głuchym i powściąganym buntem dumy kobiecej, która czuje się deptana.
— Ach! — przeciągle westchnęła Szwejcowa. — Nie można to tak bardzo ufać sobie. Pycha jest matką wszystkich grzechów. Lepiej unikać, lepiej daleko niebezpiecznych towarzystw unikać... A pan Aleksander Łącki czy jest także bliskim znajomym pani Świckiej?