Dzwoniąca dotąd wciąż i skrzypiąca para nożyc dzwo­nić i skrzypieć przestała. Panna z nieładną twarzą, która jednak ściągnęła była kiedyś na siebie spojrzenie pana stworzeń, podniosła głowę.

— Musi być, mamo, dobrze i z bliska znajomym, skoro pani Świcka spaceruje z nim codziennie.

Można by myśleć, że słowa te były wężami, które owi­nęły Martę od stóp do głowy i zapuściły żądła we wszyst­kie punkta jej ciała, tak nagle wyprostowała się ona, gło­wę znad kawała płótna na kolanach rozpostartego pod­niosła i oczy szeroko otwarte w twarzy mówiącej panny utkwiła.

— Co to znaczy? — wyrzekła ciężkim, zdławionym szeptem. Zarazem powiodła spojrzeniem dokoła. Wszyst­kie robotnice, te nawet, które zazwyczaj najnieczulej i najnieruchomiej wyglądały, siedziały teraz z podniesionymi głowami i oczami w nią utkwionymi. Na twarzach ich najróżniejsze malowały się uczucia: żal, ciekawość, szy­derstwo. Marta pozostała przez chwilę jak skamieniała. Pąsowe plamy, leżące na jej policzkach, rozszerzały się z wolna, aż zabarwiły purpurą czoło i szyję.

— Nie ma się za co gniewać, moja pani, nie ma się za co gniewać — zaczęła Szwejcowa. — Jestem od lat dwu­dziestu kilku naczelniczką zakładu, w którym po dwa­dzieścia i więcej młodych osób pracowało zawsze, naby­łam więc dużo doświadczenia. Wiem przy tym, jakie są obowiązki moje względem dusz, które Opatrzność po­wierza mej opiece; nie mogę obojętnie patrzeć, jeżeli któ­ra z nich dobrowolnie naraża się na niebezpieczeństwa. Do tego jeszcze mam córki, młodziutkie wnuczki. Cóż by ludzie i o nich pomyśleć mogli, gdyby zakład nasz przed­stawiał, broń Boże, jakiekolwiek przykłady zepsucia. Na koniec, na dziedziniec wychodzą okna mieszkania pew­nej możnej i bogobojnej damy, która jest prawdziwą pro­tektorką i dobrodziejką naszego zakładu. Święta pani! Cóż by pomyślała ona, gdyby zobaczyła jedną z moich robot­nic, przechadzającą się tuż pod jej i mymi oknami z mło­dym i światowym kawalerem? Może już zresztą i zoba­czyła! Obawa mię, doprawdy, przejmuje na myśl, co po­wiem protektorce naszej, gdy mię o to zapyta? Czy że ro­botnicę odprawiłam? Ależ zgadzać się to może nie będzie z miłosierdziem chrześcijańskim?...

— Powiesz jej pani, że robotnica, która miała nieszczę­ście spotkać na dziedzińcu tym owego młodego i świato­wego kawalera, odeszła stąd sama i dobrowolnie.

Słowa te rozległy się po wielkiej izbie, wymówione głosem dźwięcznym i przenikającym. Marta powstała z siedzenia i z podniesionym czołem, z drżącą wargą pa­trzała prosto w twarz Szwejcowej.

— Jestem kobietą biedną, bardzo biedną — mówiła da­lej — ale jestem uczciwa i nie miałaś pani żadnego prawa mówić do mnie w ten sposób. Nie Opatrzność to oddała mię opiece pani i przyprowadziła tutaj, ale własna moja nieudolność. Przyszłam tu, bo gdzie indziej pracować nie umiałam: pani wiesz o tym bardzo dobrze i potrafiłaś zro­bić dla siebie dobry użytek z położenia mego. Praca moja kilka razy więcej warta niż to, co mi pani za nią dajesz... Ale nie o tym mówić chciałam. Zawarłam dobrowolną umowę i dopełniłam jej warunków. Nędzę cierpieć muszę, ale znosić obelgi... pomimo wszystkiego... nie mogę... nie, jeszcze nie mogę! Żegnam panią!

Przy ostatnich wyrazach zarzuciła chustkę na głowę i zwróciła się ku drzwiom. Robotnice ścigały ją spojrze­niami, młodsze z sympatią i rodzajem tryumfu na twa­rzach, starsze z politowaniem i większym jeszcze zdumie­niem.

Wszystko, co działo się z Martą od wczoraj: zawód do­świadczony u księgarza, gorzkie uczucie zazdrości, które po raz pierwszy owładnęło nią na widok Kaźmirowskiego pałacu i uczącej się, pełnej nadziei młodzieży męskiej; odwiedziny przy ulicy Królewskiej, posępna propozycja, ja­ką jej tam uczyniono, noc bezsenna, spędzona w potokach łez i płomieniach wstydu, nade wszystko zaś spotkanie się z człowiekiem, o którym wiedziała, że oczekiwał tam na nią z hańbiącą ją myślą w głowie — wszystko to wprawi­ło ducha jej w ten stan gorączkowego naprężenia, który długo trwać nie może, w cichości i za lada dotknięciem wybucha niepowstrzymalną burzą. Dotknięcie zaś, spra­wione słowami Szwejcowej i jej córki, nie było lada ja­kim. W piersi Marty struna uczuć wyprężona do ostatecz­ności pękła i wydała z siebie żałosnego jęku krzyk buntowniczy. Czy dobrze uczyniła, ulegając niezmożonemu wybuchowi dumy niewieściej i godności człowieczej, rzu­cając pod nogi kobiecie, która jej ubliżyła, ostatni swój kęs chleba? Nie myślała o tym, nie zdawała sobie sprawy z postępku swego, biegnąc przez długi dziedziniec ku bra­mie wiodącej na ulicę.