W pokoju, do którego weszła, siedział z fajką przy ustach szpakowaty mężczyzna i dwie młode panienki haftowały przy oknie.
— Cóż? — zapytał niemłody mężczyzna. — Nie przyjęłaś jej?
— Naturalnie, że nie przyjęłam... Wdowa po urzędniku... wymagałaby zapewne dla siebie szczególnych jakichś względów... taka szczupła, delikatna... gdzieby jej tam pokoje wymiatać albo godzinami całymi stać nad żelazkiem... pewnie nawet i nie umie prać ani prasować. Mielibyśmy z nią kłopot tylko i nic więcej.
— To prawda — rzekł mąż niemłodej pani — a jednak szkoda, żeś ją tak z niczym odprawiła. Musi być bardzo biedna, skoro tak delikatna, jak mówisz, i wdowa po urzędniku, chce służyć za pokojową. Należałoby może spróbować...
— Ależ, mój Ignacy, pan Laurenty pisze, że ona ma dziecko! Żeby już nie co innego, możemyż110 przyjmować sługę z dzieckiem?
— To prawda, to prawda! z dzieckiem nie sposób111, koszt wielki i kłopot... Bóg wie, jakie jeszcze dziecko... Tylko, że to Laurenty nam ją rekomendował. Obawiam się, aby się nie obraził na nas, żeśmy ją tak z niczym odprawili, aby nie wziął nas za ludzi bez serca...
— No! To dać jej tam trzeba cokolwiek! Wolę już dać jej raz, choćby rubla, jak nabawić się ciągłego kłopotu... subiekcji112... i jeszcze przyjmować do domu cudze dziecko...
Marta była już na wschodach, gdy usłyszała za sobą szybkie kroki i dwa razy powtórzony wykrzyk:
— Pani! Proszę pani!
Obejrzała się i zobaczyła ładną, młodą panienkę, która otulając się ciepłym kaftanikiem biegła za nią.