— Proszę pani — zaczęła młoda panienka, zatrzymując się przed wdową. — Mama moja kazała mi panią bardzo przeprosić, że fatygowałaś się do nas nadaremnie... dziś tak zimno, a pani fatygowała się idąc do nas... mama ka­zała bardzo przeprosić...

Mówiła to prędko i ze zmieszaniem; przy ostatnich wyrazach nieśmiałym trochę gestem wyciągnęła rękę z rublową asygnatą. Marta wahała się sekundę, ale tylko sekundę, po czym wzięła z ręki ładnej panny szeleszczący papierek, rzekła: „Dziękuję!” i odeszła. W drodze do do­mu kupiła wiązkę drzewa, trochę czarnego chleba, grubej mąki i mleka. Chleb przeznaczała dla siebie, mleko i mą­kę dla dziecka.

Tego dnia nie wyszła już na miasto. Zgotowała stra­wę z mleka i mąki złożoną, nalała ją na glinianą miskę i posadziła przed nią Jancię.

Ale dziewczynka jadła niewiele. Milcząca była i wy­jątkowo poważna. Mała główka ciężyła jej znać dolegli­wie, bo podpierała ją ciągle chudą rączką, potem usiadła na ziemi przy matce, położyła się na jej kolanach i usnęła snem ciężkim, długim.

Nazajutrz Marta przelękła się, spojrzawszy przy świe­tle poranku na twarz swego dziecka. Jancia bledsza je­szcze była jak wczoraj, z zapadłych i podkrążonych jej oczów przemawiała cicha, lecz przejmująca skarga. Mło­da kobieta odwróciła się ku oknu i kurczowo załamała dłonie.

„Jeżeli nie dam jej lepszych wygód — myślała — za­choruje... Lepszych wygód, co za szalona myśl! Za dni dwa, trzy nie będę miała za co izby ogrzać i ciepłej strawy dla niej zgotować!”

— A! — rzekła do siebie po chwili. — Nie ma co czy­nić! Trzeba iść i przeprosić Szwejcową!

Poszła na ulicę Freta. Otwierając drzwi posępnej pra­cowni, zdziwiła się nad sobą więcej jeszcze niż wtedy, gdy wchodziła do księgarni. Czuła się wprawdzie upokorzona nieco, ale uczucie to było niczym w porównaniu z panu­jącą w niej żądzą zostania na powrót przyjętą w to miej­sce, które przed dwoma dniami opuściła dobrowolnie.

Szwejcowa nie okazała na widok jej najmniejszego zdziwienia. Po obwisłych wargach poważnej matrony przemknął tylko szybki uśmiech i oczy jej błysnęły ostro zza okularów. Robotnice popodnosiły głowy i patrzały na przybyłą, jedne z ciekawością, inne z ironią i złośliwym zadowoleniem. Pod spojrzeniami dwudziestu przeszło par oczów Marta uczuła gorący płomień na policzkach i czole.

Była to męczarnia straszna, ale trwała zaledwie se­kundę. Naczelniczka zakładu i jej córka przestały krajać płótno. Oczekiwały znać od dawnej swej robotnicy pierw­szego słowa.