— Pani! — zwracając się do Szwejcowej, rzekła Mar­ta. — Dwa dni temu byłam porywcza, nieuważna... obra­ziłam się tym, co mi pani mówiłaś, i odpowiedziałam niegrzecznością. Przepraszam panią. Jeżeli można... chciała­bym znowu pracować u pani.

Jak wprzódy zdziwienia, tak teraz triumfu nie znać by­ło na twarzy Szwejcowej. Owszem, uśmiechnęła się ona słodko i skinęła głową uprzejmie.

— O moja pani Świcka! — zaczęła słodkim, miodo­wym głosem. — Ja się nie gniewam, wcale nie gniewam... i cóż tam, dobry Boże, tak bardzo ważnego usłyszeć jakąś niegrzeczność... znieść przykre słowo. Wszak Odkupiciel nasz rozkazał, abyśmy rano i wieczór powtarzali: „i od­puść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy!”. Byłabym nieposłuszna słowu bożemu, jeślibym gniewała się na pa­nią Świcką... ale przyjąć pani Świckiej do zakładu mego nie mogę, bardzo żałuję, ale doprawdy już nie mogę, bo na miejscu pani Świckiej mam od wczoraj inną robotnicę...

Przy ostatnim wyrazie wskazała nożycami młodą ko­bietę, która siedziała na dawnym miejscu Marty.

— Zakład nasz posiada, chwała Bogu, jak najlepszą reputację... nie używamy przy tym maszyn, które tak okropnie niszczą siły i nadwyrężają zdrowie osób pracu­jących. Toteż robotnice cisną się do nas, cisną. Prawdziwy natłok. Nie ma dnia, w którym by dwie lub trzy osoby nie zgłaszały się z prośbą o robotę. Nie brakuje, chwała Bogu, robotnic, nie brakuje, nadto zaś ich nabierać nie możemy, bo ja i moja córka nie życzymy sobie obarczać się pracą zbytecznie. Teraz więc, kiedy jest komplet ro­botnic, więcej nawet niż komplet, dla pani Świckiej miejsca...

— A może, mamo, znalazłaby się jeszcze robota i dla pani Świckiej — szepnęła nieładna panna, pochylając się ku matce.

Od kilku chwil przypatrywała się ona Marcie z uwa­gą i ciekawością. W małych, zezowatych trochę jej oczach zjawiło się coś na kształt politowania.

Ale Szwejcowa wzruszyła ramionami.

— Nie — rzekła — nie ma roboty, nie ma! Nie może­my przecież dlatego, aby przyjąć panią Świcką, która do­browolnie nas opuściła, odprawić wczoraj przyjętą pannę Zofię?

Usłyszawszy ostatnie wyrazy, kobieta siedząca na daw­nym miejscu Marty podniosła głowę znad roboty i spoj­rzała na naczelniczkę zakładu prawie z przestrachem.